Najlepszy powód, by żyć

Najlepszy powód, by żyć
Premiera już 27 września 2017 roku

Szanuj prawa autorskie!!!

Nie kopiuj! Jeśli chcesz posłużyć się recenzją, zapytaj o zgodę! Informuję, że wszystkie recenzje opublikowane na tym blogu są mojego autorstwa, a jeżeli cytuję czyjeś słowa, pojawia się o tym informacja. Nie wyrażam zgody na kopiowanie recenzji i umieszczenie ich na innych stronach, za wyjątkiem cytatów, czyli niewielkich fragmentów. Oczekuję też, że cytujący wskaże autora oraz link do całej wypowiedzi.

czwartek, 1 września 2016

Farsa w papilotach, czyli "Nieszczęścia chodzą stadami" Agaty Przybyłek

Autor: Agata Przybyłek
Tytuł: Nieszczęścia chodzą stadami, seria Z babeczką
Gatunek: Literatura współczesna polska
Forma: Powieść
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2016
Format książki: Papier, e-book
Ilość stron:372
Moja ocena: 5/10


Nieszczęścia chodzą stadami to kontynuacja debiutanckiej powieści Agaty Przybyłek Nie zmienił się tylko blond. Stanowi jednak osobną powieść, a wszelkie nawiązania zostają odpowiednio osadzone w fabule.

Agata Przybyłek zabiera czytelnika do Sosenek, gdzie Halina rozpacza po tym, jak córka, Iwona, wyprowadziła się wraz z dziećmi do wymarzonego siedliska. Halina popada w stan przypominający depresję, nazwałabym to jednak raczej głośnym rozpamiętywaniem swojej krzywdy, żeby wzbudzić w otoczeniu poczucie winy. Mamy więc demonstrację za demonstracją, a dorosła kobieta, matka i babcia zachowuje się jak rozkapryszona dziewczynka. Kochający mąż, Henryk oraz gosposia ruszają na ratunek. Chcąc zająć czas i myśli Haliny sugerują, że powinna zaprosić do siebie chrześnicę, Martę, która wraca do Sosenek po kilkuletniej emigracji najpierw do Warszawy, a później do Londynu. Halina bardzo entuzjastycznie podchodzi do tego pomysłu, później jednak tego żałuje…

Moje poczucie humoru chyba poważnie się rozchorowało. Opis Nieszczęścia chodzą stadami głosi bowiem, że jest to „najzabawniejsza powieść na świecie”, a ja ani razu się nie roześmiałam. Autorka wcale nie napisała komedii, ale satyrę na polską wieś, która szumnie wkroczyła w XXI wiek, ale mentalność ludzi niczym nie różni się od tej z początków XX. Mieszkańcy Sosenek korzystają z usług zielarki, ceniąc ją bardziej od fachowej pomocy lekarza. Panna z dzieckiem jest traktowana jak dopust Boży. Wszechobecne są plotki, zabobony oraz poglądy typowo rasistowskie. Pewnie nie raziłoby to aż tak bardzo, gdyby mentalność typowa dla Ciemnogrodu dotyczyła jedynie osób starszych, wpisują się w nią jednak również młodsi mieszkańcy wsi, w tym sama Iwonka, która przez kilkanaście lat mieszkała w Warszawie i sama, biorąc rozwód oraz akceptując nieślubne dziecko syna, stała się kobietą postępową. Ale to jeden z wielu szczegółów, który umknął autorce.

Nie przekonuje mnie również kreacja bohaterów. Na plan pierwszy wysuwa się Halina ze swoją irytującą indywidualnością, pozostałe postaci są nijakie, miałkie, pozbawione charakteru. Czasami błysną jakąś cechą, ale bardzo szybko giną w cieniu apodyktycznej damy. Wszyscy wypowiadają się identycznie, używając tych samych zwrotów i wtrąceń. Zgodne nazywanie Martusią ponad dwudziestoletniej kobiety, matki dzieciom budzi wręcz niesmak. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że autorka boi się wejść w psychikę bohaterów, wyraźniej nakreślić ich osobowość, czy choćby pogłębić opowiadaną historię.

Powieść jest przegadana. Niektóre sceny zostały w niej umieszczone chyba przypadkowo. Miały pewnie bawić, mnie jednak irytowały. Nudne, monotonne dialogi spowalniają akcję, nie wnosząc do fabuły nic nowego ani ciekawego. Powtarzanie wciąż tych samych informacji bardzo nużyło. Należy tu wspomnieć o ciągłym opowiadaniu o fiołkowych oczach i nieustannie zarumienionych policzkach. Swoją drogą ciekawi mnie, jak wygląda zarumieniony policzek osoby czarnoskórej.

Sama fabuła też nie została do końca przemyślana albo moja wyobraźnia jest ograniczona. Przede wszystkim jest tam dużo zamieszania, ale niewiele się nie dzieje. A jeśli się dzieje, to trybiki fikcji boleśnie skrzypią, powodując dyskomfort. Karmiąca piersią matka rano, przed zaspokojeniem głodu trzymiesięcznego niemowlęcia, wybiera się do hurtowni. Nie ma jej kilka godzin, po powrocie zaś, zamiast udać się do dziecka, jedzie do sklepu do sąsiedniej wsi. Po tych wydarzeniach zmęczona bierze prysznic, lekkomyślnie mając w nosie głodnego synka. Mało tego! Ta sama matka znika z domu na prawie dobę! Nie czuje w tym czasie żadnych niedogodności związanych z nabrzmiałymi mlekiem piersiami, bo w głowie jej romanse. Nie ma też potrzeby zatelefonowania i zapytania o samopoczucie dziecka. Opiera się na tym, co łaskawie i jakby trochę na siłę mówią jej inni. Ach te Matki Polki! W pewnym momencie fabuły wujostwo Marty jest nazwane rodzicami, później błąd się powtarza, Henryk awansuje na ojca. Oczywiście dobra redakcja na pewno wyłapałaby te nieścisłości i zasugerowała zmiany, choćby akcesoria do mleka modyfikowanego albo laktator. Niestety. 

Bardzo zawiodłam się na tej powieści. Oczekiwałam pełnej humoru lektury, a dostałam książkę niedopracowaną, która mnie irytowała, nudziła, rzucała cień nadziei na ciekawy zwrot akcji tylko po to, żeby za chwilę mi go odebrać.

2 komentarze:

  1. Mimo wszystko miło mi, że po tak krytykowanym "Nie zmienił się tylko blond" sięgnęła pani po kontynuację. Pozdrawiam, Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie skreślam autora po jednaj pozycji, która nie przemówiła, bo pisania uczy się całe życie. Książka zbiera sama dobre recenzje, a ja chciałam przeczytać coś zabawnego. Poza tym lubię kontynuacje. Ta powieść kompletnie jednak nie trafiła w mój gust i poczucie humoru. Tak się zdarza, bo nikt nie napisał książki, która spodoba się każdemu. Mam jednak nadzieję, że wytłumaczyłam swoje zdanie na tyle precyzyjnie, żeby nie zostać uznaną za złośliwą :)
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń

Pozostaw po sobie ślad :)

Obserwuj w Google+

Najchętniej zaglądacie :)