Zostań ze mną, Karolino

Zostań ze mną, Karolino
Premiera już 8 sierpnia 2017 roku

Szanuj prawa autorskie!!!

Nie kopiuj! Jeśli chcesz posłużyć się recenzją, zapytaj o zgodę! Informuję, że wszystkie recenzje opublikowane na tym blogu są mojego autorstwa, a jeżeli cytuję czyjeś słowa, pojawia się o tym informacja. Nie wyrażam zgody na kopiowanie recenzji i umieszczenie ich na innych stronach, za wyjątkiem cytatów, czyli niewielkich fragmentów. Oczekuję też, że cytujący wskaże autora oraz link do całej wypowiedzi.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pokaż mi, jak wyrażasz swoje zdanie, a powiem Ci, jaki jesteś...

Będzie trochę kontrowersyjnie. Niedawno znajoma przesłała mi link do recenzji powieści, o której kilka dni wcześniej rozmawiałyśmy, oburzając się, że ktoś mógł coś takiego napisać o jej ulubionej książce. Bez czytania odpowiedziałam, że mógł, bo nikt jeszcze nie stworzył fabuły, która podobałaby się każdemu. Nie ma takiej możliwości. I, jako osoba pisząca, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Powiem więcej, sama czytam wiele i nie wszystko mi się podoba, nawet jeśli należy do preferowanej przeze mnie tematyki albo wyszło spod pióra mojego ulubionego pisarza. Tak bywa.


Z ciekawości w wolnej chwili zerknęłam na recenzję i doszłam do wniosku, że ona nawet nie jest krytyczna. I w zasadzie nie jest to recenzja czy opinia, a demonstracja niezadowolenia. Nic to. 

Przeczytałam inne opinie i doszłam do wniosku, że ludziom czasem się po prostu nudzi, więc piszą sobie coś w internecie. Nie wiem, dlaczego. Szukają poklasku, fanów, muszą wylać nagromadzoną gorycz… Powody na pewno można mnożyć. Mogę wypowiadać się jedynie za siebie, ale nie o sobie chcę opowiadać.

Dlaczego ofiarami czyichś frustracji padają niewinni twórcy? Pewnie dlatego, że nie będą się bronić i polemizować w myśl zasady, że każdy ma prawo do własnego zdania. I ja również tę zasadę wyznaję. Szanuję opinie innych, nawet jeśli są niezgodne z moimi. Wielokrotnie czytałam negatywne recenzje książek, pod których wrażeniem chodziłam przez kilka dni albo pozytywne tych, które mnie nie przypadły do gustu. Nie prowadziłam batalii, bo nie chodzi o to, żeby każdy myślał tak samo, ale o to, żeby być uczciwym w swoich poglądach. I jeśli recenzja jest uczciwa, dobrze uargumentowana, szczera, to nie mam prawa polemizować z czyimś gustem.

Irytują mnie jednak opinie, które są przepełnione ignorancją. A taka właśnie była ta spod przesłanego linku. Autorka bowiem zaprezentowała styl „olewam, bo mam taką ochotę i co mi zrobicie”. Już tłumaczę, dlaczego. W opinii nie ma ani jednego zdania o problematyce powieści, ani jednego, sugerującego, że książka została przeczytana, ani jednego stwierdzenia, którego nie byłoby w opisie na okładce. Recenzentka dość szczegółowo i krytycznie wyraziła się jednak na temat samej książki, czyli tego, jak ona została zrobiona, przepowiadając, że niebawem będą fruwać kartki. Na szczęście ani druk ani papier nie przeszkadzał jej w czytaniu. Ufff… Stwierdziła natomiast, że ciężko jej opisać fabułę i bohaterów, co mnie bardzo dziwi, bo streszczenia i charakterystykę postaci pisze się już w szkole podstawowej. Ale jakoś mnie nie dziwi, że autorka nie potrafi niczego opisać, skoro przeczytała całość w niecałe cztery godziny.

Jakim cudem? No właśnie. Jednym zdaniem udowodniła, że powieści nie przeczytała. Bo przeciętny czytelnik jest w stanie przeczytać do 220 słów na minutę. W rzeczonej powieści jest ponad 90 000 słów (mam e-booka i na potrzeby tego tekstu pobawiłam się w konwersację), więc prosta matematyka odziera brutalną prawdę o ignorancji. Oczywiście są kursy szybkiego czytania, ale... Sami twórcy metody tłumaczą, że dzięki niej szybko zdobywa się zawarte w tekście informacje, ale nie można dostarczyć sobie przyjemności estetycznych i emocjonalnych. A przecież właśnie po to obcujemy z literaturą! Nie wiem, czy ta Pani chodziła na podobny kurs. Wątpię, bo w Polsce są one wciąż rzadkością. Jeśli jednak chodziła i tak czyta powieści, to po raz kolejny udowadnia ignorancję. Ignorancję względem autora, który siedział ileś czasu i pisał, wcześniej zbierał materiały, tworzył bohaterów i fabułę… A ona po (nie)przeczytaniu w zasadzie nie potrafi nic powiedzieć o fabule, bohaterach, nawet stylu autora, chociaż, jej zdaniem, jest on chyba najlepszą składową powieści. Właśnie, chyba…

Jednym słowem w tej recenzji nie ma nic konkretnego, wszystko jest „chyba”, poza ogólnym niezadowoleniem ze wszystkiego. Czułam się tak, jakbym słuchała dziecka, które nie spróbowało jeszcze karpia w galarecie, ale go obejrzało i stwierdziło, że jest niesmaczny, brzydko pachnie, ma ości i na pewno tego nie lubi. A zapytane, co mu najbardziej smakowało na wigilii, odpowie, że nie smakował karp w galarecie.

Do czego zmierzam? Do tego, że człowiek powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa. Recenzowanie nie jest ani łatwe, ani wdzięczne. Chyba najtrudniej pisze się o książkach, które nie przypadły nam do gustu albo których nie zrozumieliśmy. Nie chodzi jednak o to, żeby na czyjąś pracę wylać wiadro pomyj, bo ma się gorszy dzień, ale o to, żeby wyrazić swoje zdanie merytorycznie, w taki sposób, żeby czytający wiedział, o czym jest dana książka i mógł sam ocenić, czy chce po nią sięgnąć. A jeśli po lekturze opinii ma się wątpliwości, czy recenzent zna fabułę, to już coś nie gra. I wcale nie myślę o fanfarach.

Apeluję więc do piszących o czyjejś twórczości, aby robili to rzetelnie i uczciwie, nieustannie doskonaląc swoje umiejętności. Warto też, żeby mieli na uwadze, że wpis na blogu również podlega krytyce, świadczy o autorze. Każde napisane zdanie coś znaczy, jest odzwierciedleniem nie tylko wartości dzieła, o którym się opowiada, ale też pokazuje stosunek autora opinii do dzieła. Opinia bardzo dużo mówi też o samym recenzencie, jego umiejętnościach, wrażliwości, wiedzy. Pokaż mi, jak wyrażasz swoje zdanie, a powiem Ci, jaki jesteś…

Apeluję też do twórców, żeby nie brali do siebie wszystkiego, co przyjdzie do głowy komuś napisać. Analizować warto tylko merytoryczne opinie, pozbawione jadu, konkretnie mówiące o niedociągnięciach. Oddzielamy krytykę od krytykanctwa. Jak? To proste. Rzetelny recenzent mówi nie tylko o tym, co złe, nie prorokuje najgorszego, nie zostawia wątpliwości, że zna dzieło. W jego opinii będzie miejsce nie tylko na subiektywną ocenę, ale też na spojrzenie obiektywne. Bo to, co nie spodobało się recenzentowi, może się spodobać komuś innemu. Powinien się więc zdobyć na opowiedzenie o powieści tak, żeby czytający mógł sam zdecydować, czy chce po nią sięgnąć.

Myślę, że kluczem do tego, czy recenzja jest dobra czy zła (nie mylić pozytywna czy negatywna) jest szacunek do powieści, o której się pisze/mówi oraz do pracy w nią włożonej. A jeśli ktoś ma PMS, to niech go wyładuje bezkolizyjnie podnosząc ciężarki, biegając albo uprawiając seks. W zależności od upodobań i pory dnia/roku.


Tym optymistycznym akcentem życzę Wam dużo pozytywnej energii i wiosny, bo ona skłania do uśmiechu. I życzę Nam wielu świetnych komediopisarzy. A o komedii kryminalnej, która na pewno przepędzi smutasy opowiem już niebawem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad :)

Obserwuj w Google+

Najchętniej zaglądacie :)